Moje coming outy.

Późny, grudniowy wieczór. Ląduję na dużej i wygodnej kanapie w naszym salonie. Hormony stresu, jak często bywało w tym okresie, wywołują u mnie dreszcze, ściskają gardło, wyostrzają zmysły. Od kilku godzin smsuję z Danielem, który tłucze się gdzieś w autobusie, wracając po wyczerpującym dniu pracy do Warszawy. To nie są zwyczajne smsy, jakie wymienialiśmy intensywnie od kilku tygodni. Jest w nich jakaś głębia. Mam wrażenie, że każdy kolejny prowadzi nas obu bliżej jakiejś prawdy. Przekraczamy niewidzialną granicę. Daniel, choć sam pełen niepewności, otwiera się pierwszy. Opowiada o przelotnym romansie z chłopakiem sprzed kilku miesięcy. Odbieram to jak rzucenie liny czy podanie ręki.

Mam 36 lat, żona i dwie córki śpią w pokoju obok. Dreszcze chwilami narastają, lekko trzęsą mi się ręce. Piszę: „tęsknię za kimś, kogo spotkałem na stacji metra, w pewne sierpniowe przedpołudnie”. Naciskam „wyślij”. Daniel wie, że chodzi o niego. Obaj też wiemy, że ten jeden sms uwalnia coś, nad czym nie będziemy już w stanie zapanować, czego nie będzie można zanegować, zapakować, odłożyć, schować, zapomnieć.

Mój pierwszy coming out zrobiłem właśnie za pomocą słowa: „tęsknię”. Ze wszystkich ludzi, których spotkałem w życiu, to właśnie przed Danielem potrafiłem być tym, kim jestem. To za nim tęskniłem i nareszcie miałem odwagę się do tego przyznać. Ale później nie było o wiele łatwiej. Jeden coming out nie pociągnął lawiny kolejnych. Zdarzały się wolno. Także do tego, by z przekonaniem, a nawet radością móc powiedzieć „jestem gejem”, potrzebowałem jeszcze dobrze ponad roku. Zrobiłem to podczas rozmowy z Danielem. Miałem wtedy już 37 lat. Zatrzymałem się, wracając z pracy rowerem. Chwilę wcześniej zrzuciłem z siebie garnitur i włożyłem wygodne spodenki i koszulkę dry-fit (czuje się w tych ciuchach bardziej wolny). Zatrzymałem się nieopodal brzegu rzeki i usiadłem na trawie ze skrzyżowanymi nogami. Świeciło słońce, dobrze to pamiętam, ale nie było zbyt ciepło. Włączyłem Skypea, zadzwoniłem do Daniela. Chwilę później powiedziałem, jak mi się dzisiaj wydaje, stosunkowo stanowczo i głośno: „jestem gejem”. Chyba to powtórzyłem raz czy dwa razy. Dopiero wypowiadając te słowa poczułem, po raz pierwszy w życiu, jakbym zaistniał całkowicie, jakbym się dopełnił. Byłem w zgodzie z naturą w sposób niezaprzeczalny i ostateczny.

adam adam
Topher McCulloch, Adam, CC BY-NC-ND 2.0

Przez ponad trzydzieści lat wypierałem prawdę o sobie. Z dzieciństwa w małym, przygranicznym polskim mieście wyniosłem głębokie przekonanie, że pedał gorszy jest od najczarniejszego szatana. To otoczenie mnie tak zaprogramowało. Gdy uaktywnił się mój popęd płciowy, byłem już na straconej pozycji. Robiłem wszystko, by nie wyjść poza wyznaczone dla mnie granice. Koniecznie chciałem być akceptowanym. Mama roztaczała nade mną i moim rodzeństwem szeroki parasol ochronny. Parasol, który wyznaczał granice moich doświadczeń, miał mnie chronić przed wszelkim złem, niebezpieczeństwem, dewiacjami. Ufałem, że kochająca matka wie najlepiej, jaki świat jest dla jej syna dobry.

Gdy byłem małym chłopcem, lubiłem zbierać fiołki na skarpie za domem. Układały się w wielki, pachnący dywan. Płatki kwiatów były wątłe, ich łodyżki jeszcze bardziej delikatne. Nie pamiętam, o czym wśród tych fiołków myślałem. Może o jakimś koledze z klasy. Żałuję, że mama nigdy nie przyszła do mnie na tę skarpę, nie zapytała o moje uczucia, wrażenia. Nie nauczyliśmy się rozmawiać o fiołkach, dlatego później nie umieliśmy rozmawiać o moich strachach, tęsknotach, o tej chęci, podszytej strachem, by zobaczyć, co kryje się za rozłożystym parasolem. Zabrakło tej wrażliwości, dlatego byliśmy skazani na ciągle te same, głupie żarty dziadka i wujków przy stole zastawionym pierogami albo plotki o innych – tych była masa, szczególnie gdy na rynek weszły nowe, kolorowe magazyny o życiu gwiazd. Taka właśnie druga, zastępcza rzeczywistość, stopniowo stawała się moim pierwszym planem.

Gdy wyjechałem z rodzinnego miasta, udało mi się uciec spod parasola tylko fizycznie, mentalnie niestety nie. W moim otoczeniu na studiach geje byli tematem tabu. Zdarzały się jednak przebłyski, chwile trudnego przesilenia, gdy emocje brały górę – powodowały ból, który czasami mnie powalał, unieruchamiał na całe godziny. Na kursie francuskiego w Paryżu, zobaczyłem na Boulevard de Sébastopol saunę dla gejów, a w niej oczami wyobraźni pedałów czarniejszych od szatana. Wstrzymałem oddech i przyspieszyłem kroku. Gdy pod koniec studiów mój współlokator, fotograf amator, zaproponował mi pewnego wieczoru sesję zdjęciową z jego penisem w moich ustach, zbyłem go żartem, zamknąłem się w swoim pokoju i zastygłem w ikeowskim fotelu. Następnego ranka, jak więzień skazany na dożywocie, potrafiłem uznać niewolę za normalność. Gdy współlokatorka, powiedziała do mnie „Adam, przecież Ty jesteś gejem.”, niemal natychmiast postanowiłem poluzować nasze relacje i ograniczyć kontakty, jakbym postawił między nami solidny mur. Za murem ustawiałem też wszystkich moich przystojnych kolegów, a nawet bilboardy z facetami reklamującymi dezodoranty lub żele pod prysznic. Mur za murem. By udawać, że nie widzę, że nie czuję. Stworzyłem alternatywny świat, w którym mogło zaistnieć małżeństwo z kobietą – wierzyłem, że będzie szczęśliwe i oparte na szczerości. Zbudowałem związek na przyjaźni, życzliwości, odpowiedzialności. Myślałem, że to właśnie miłość.

Rok po ślubie obejrzałem na porannym seansie, w praktycznie pustym kinie „Brokeback Mountain”. Film wbił mnie w fotel i spowodował, że znów poczułem tęsknotę za mężczyzną – dziwną tęsknotę, bo przecież nigdy wcześniej nie doświadczyłem intymnej, seksualnej relacji z mężczyzną opartej na pożądaniu. Teoretycznie nie miałem za czym tęsknić. Niemniej tęskniłem… Jednak wystarczyło kilka chwil w bezruchu i ciemności, bym wrócił na ziemię, bym zdławił niepokojące uczucia. Myślę, że właśnie wtedy zacząłem z siebie ostatecznie rezygnować. Poddawałem swoje potrzeby, a w zamian koncentrowałem się na pracy i domu. Ta moja „niezałatwiona sprawa” stawała się przeszłością, znikała. Wydawało mi się, że rozliczam się z nią na zawsze. Nie przynosiło to jednak spokoju, a jedynie powrót do znajomego zagubienia, do chaosu, w którym umiałem sprawnie żyć i funkcjonować, realizować się jako dobry maż. Tak działają wyparcie, zinternalizowana homofobia, konformizm. Dwa lata po obejrzeniu „Brokeback Mouintain” urodziła się moja pierwsza córka. Pięć lat później druga.

Dziewięć lat później, w ten późny grudniowy wieczór, leżę na kanapie z podkulonymi nogami i telefonem w ręce. Smsuję. Tęsknię za kimś, kogo spotkałem na stacji metra kilka miesięcy wcześniej. Za Danielem. Wyraźnie czułem, że przekraczamy granicę, że mimo całej mojej przeszłości, nie będę w stanie odrzucić uczucia, które między nami kiełkowało. Nastąpił przełom. Mentalnie wyrywałem się z rodzinnego miasteczka, uciekałem spod matczynego parasola. Byłem przerażony i szczęśliwy jednocześnie, choć jak się okazało, potrzebowałem jeszcze sporo czasu, bym mógł zaakceptować to, że jestem gejem. Całe dnie myślałem tylko o tym, co dzieje się między mną a Danielem oraz o tym, jak rozsupłać moje małżeństwo. Musiałem pójść na terapię, przeczytać wiele artykułów i książek, obejrzeć wiele filmów o ludziach w sytuacji podobnej do mojej, by się z sobą pogodzić, by poczuć się spełnionym.

Do rodziców napisałem list, który im osobiście wręczyłem. Jeszcze wtedy nie potrafiłem powiedzieć, patrząc im w oczy: „Mamo, tato, jestem gejem”. Do brata napisałem na WhatsAppie. Potem zaczęły się rozmowy z przyjaciółmi. Dzisiaj mówię „jestem gejem” bez zażenowania, a z coraz większym spokojem i dumą. Chociaż nadal wolę mówić: „Ma na imię Daniel. Jesteśmy razem od blisko trzech lat.” Byłem ostatnio na swojej pierwszej Paradzie Równości, przykleiłem też na rower naklejkę z tęczą. Chcę jeszcze kupić tęczową flagę i móc wymachiwać nią z dumą.

4 myśli na temat “Moje coming outy.

  1. Czytam i Cię podziwiam.Chciałbym mieć tyle odwagi ile masz Ty,ale chyba nie mam.
    Jestem żonaty od lat kilkunastu,mam dorastającego syna.Kiedy byłem bardzo młody bardzo chciałem mieć rodzinę,mieć dzieci.Nie mogę powiedzieć,że żałuję decyzji o związku z kobietą,bo wiem,że gdyby go nie było,to nie przeżyłbym wielu pięknych chwil,które przeżyłem.Nie miałbym wspaniałego syna,którego kocham ponad wszystko na świecie.
    Podobnie jak Ty pochodzę z małego miasteczka,w którym w czasie mojej wczesnej młodości nie do pomyślenia byłby udany i akceptowany związek dwóch mężczyzn,więc wybór był „naturalny”.Ożeniłem się wcześnie,żeby rozpocząć nowe życie po średnio udanym dzieciństwie.Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć,że była to pewnego rodzaju ucieczka.Ucieczka udana połowicznie,bo z miejsca,w które uciekłem wiele od życia otrzymałem,ale równie dużo musiałem poświęcić.
    Od kilku lat coraz bardziej doskwiera mi samotność w moim małżeństwie.Myślę,że mojej żonie również,widzę to każdego dnia.Widzę jak zmagamy się z życiem i swoimi emocjami,swoimi niespełnionymi pragnieniami,nieprzeżytymi uniesieniami,których brak doskwiera coraz bardziej,z każdym dniem czuję większą pustkę.
    W naszym związku nie ma już namiętności,nie ma seksu.I nie ukrywam,że bardzo brakuje mi spełnienia z drugim człowiekiem tej sfery seksualnej,ale o wiele bardziej brakuje mi człowieka przed którym nie musiałbym się chować w skorupę zobojętnienia,brakuje mi człowieka,z którym mógłbym o wszystkim porozmawiać,przed którym mógłbym otworzyć całego siebie nie czując skrępowania.Są takie dni,że myślę,że już nie wytrzymam,że coś we mnie pęknie i coś się w końcu wydarzy.Są takie dni,że mam ochotę krzyczeć,że nie chcę już takiego życia,ale w końcu biorę kilka głębokich wdechów i żyję dalej,bo tak trzeba.
    Można by powiedzieć,że dokonałem świadomego wyboru i powinienem liczyć się z jego konsekwencjami.Problem w tym,że nie przewidziałem,że te konsekwencje będą powodować tak wielkie wewnętrzne rozdarcie i pustkę.

    Ktoś mógłby powiedzieć,że najłatwiej byłoby odejść i zacząć nowe życie,ale tak naprawdę to wcale nie jest łatwe.
    Całe moje życie było podporządkowane potrzebom innych ludzi i największą przeszkodą jaką mam do rozpoczęcia nowego etapu w moim życiu jest miłość.Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało,to właśnie tak to czuję.
    Bardzo kocham moją rodzinę.Wiem,że żyjąc w kłamstwie krzywdzimy się wzajemnie,bo zmuszamy się do zachowań dla nas niemiłych,niekomfortowych.Odmawiamy sobie wrażeń i doznań,których w normalnym,szczerym związku nie powinno brakować,a jednak…….
    Jednak czuję,że gdybym odszedł,to skrzywdziłbym w sposób niewyobrażalny kobietę,która kocha mnie już od tak wielu lat,zachwiałbym światem nastolatka,który teraz oczekuje od życia,od rodziców,od swojego domu stabilności,spokoju.Czuję,że nie mam prawa wywracać ich świata do góry nogami tylko dlatego,że sam czuję się nieszczęśliwy.Tłumaczę sobie,że oni stanowią dla mnie największe szczęście i pewnie tak jest,bo są dla mnie najważniejsi na świecie,ale mimo wszystko czuję się bardzo samotny w tym moim szczęściu,dlatego tak trwam i czekam,że coś się samo wydarzy,jednocześnie drżąc ze strachu,że rzeczywiście coś wydarzyć się może.

    Damian

    Polubienie

    1. Damian! Piszesz „szczęście” jednak ja czuję okropne nieszczęście. Wręcz rozpacz. Czy Twoim życiem rządzi miłość, a może strach? Może być lepiej. Jeśli chcesz to odezwij się na mojego maila: czarnobialy28@wp.pl Chciałbym zamienić z Tobą kilka słów.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s