Wasze historie

Wanda

Jestem lesbijką i mówię to głośno i wyraźnie od dziesięciu lat, choć początki też do najłatwiejszych nie należały. Mając lat osiemnaście spotykałam się z chłopakiem. Kochałam go, jednak czułam, że to nie może być tak, że to już. Że to cała ta miłość, o której czytałam i słuchałam, którą widzałam na filmach. Kochałam go tak, jak kocha się przyjaciół. Potrzebowałam chwili, żeby móc sama przed sobą przyznać, że nie jest to miłość romantyczna. Było mi z nim dobrze, ale szybko urwałam naszą relację, widząc, że nie dam mu tego, czego on potrzebuje. I nie mam na myśli tylko łóżka. Bardziej całe to zaangażowanie, spojrzenia pełne miłości, fascynację. Tego się oczekuje, kiedy się kocha. Wiedziałam, że tylko zajmuję miejsce dziewczynie, która z przyjemnością mu to wszystko odda.

Wychowałam się w malutkim miasteczku, w którym od lat krążyła jedna legenda o homoseksualiście. Mimo wszystko, bardziej identyfikowałam się z tą, nieznaną mi osobą, która nasze miasteczko musiała opuścić (dzisiaj doskonale rozumiem dlaczego), niż z tym powszechnie znanym schematem, w którym odnalazła się większość moich przyjaciół, znajomych. Cała moja rodzina.

Zarejestrowałam się na serwisie dla osób LGBT i odkryłam, że sama wymiana wiadomości z drugą kobietą daje mi więcej, niż realne spotkania z mężczyznami. Ekscytacja, euforia, ściski w żołądku, ciarki, wypieki. W końcu mogłam przyznać, że jestem zakochana. Zakochana po uszy w kobiecie. Wyjechałam, byłyśmy razem kilka lat, potem się rozstałyśmy, ale wiedziałam już kim jestem.

Kilka lat później poznałam, jak wtedy myślałam, miłość swojego życia. Absolutny szał. Kompletnie straciłam dla niej głowę. Była kobietą heteroseksualną, jednak wysyłała sprzeczne sygnały. Poznała osobę, która strzelała do niej z miłości bazooką. Czuła się kochana. Możliwe, że nikt wcześniej nie dał jej tyle miłości. Trudno z tego zrezygnować, w końcu każdy tego potrzebuje. Przyszedł moment, w którym stwierdziła, że ja również jestem miłością jej życia i chce już ze mną i tylko ze mną. Nie bez przyczyny zaczęłam ten tekst hisotrią o relacji z chłopakiem, którą szybko ucięłam. Ucięłam ją, bo nie chciałam go ranić. Przez pryzmat przeżyć, które przytrafiły mi się później, jestem z tej osiemnastoletniej siebie bardzo dumna.

Zatraciłam się w tym uczuciu, jednak kiedy opadła pierwsza fala oślepiającego szczęścia, zaczęłam żyć w ciągłym napięciu, że pewnego dnia pojawi się mężczyzna, który mi ją zabierze. Składało się na to kilka czynników. Fakt, że przez dwa lata związku, w jej rodzinie funkcjonowałam jako „przyjaciółka”. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego mimo tej ogromnej miłości, o której mnie nieustannie zapewniała, nie mogła się do mnie w niektórych kręgach „przyznać”. Kolejny czynnik, chyba najsilniejszy – widziałam jak reaguje na facetów. Sorry, ale tego się nie da wyciszyć, pozbyć. Jednakże bardzo chciałam wierzyć w to, co do mnie mówi. Tłumaczyłam sobie, że prawdziwy związek to taki, w którym jest przestrzeń. Dużo przestrzeni. Poza tym, zdawałam sobie sprawę z tego, że każdy czasem ma ochotę na flirt. Kochać, to nie znaczy ograniczać. Ale przede wszystkim wiedziałam, że jeśli będzie chciała zdradzić, to zdradzi i nie będę miała no żadnego wpływu. I tak też się stało.

Niełatwo jest przedłożyć czyjeś dobro nad swoje, ale warto się czasem solidnie nad tym zastanowić.